Jakby ktoś jeszcze nie wiedział… zaczęła się szkoła! Rozpoczęty rok szkolny jest - mam taką nadzieję - moim ostatnim (klasa maturalna). Mam więc pewne doświadczenie w temacie Stanu Polskiej Edukacji. Śmiem twierdzić, że większe, niż zastępy ekspertów, które co roku z początkiem września debatują ze zmarszczonymi czołami nad poziomem szkolnictwa.
Zacznijmy od tego, że temat ów jest dla mnie bardzo ważny. Nie dlatego, żebym szkołę kochał, wręcz przeciwnie - jest ona obiektem mojej udręki i chronicznego narzekania. Uważam jednak, że szkoła - wybaczcie, jeśli zabrzmi to zbyt poważnie - kształtuje człowieka czasami o wiele bardziej niż dom rodzinny.
Wśród szkolnych przedmiotów zawsze najważniejszy był dla mnie język polski. Jestem bardzo wrażliwy na to, jak poloniści podchodzą do swojego zawodu - z misją, czy na odwal się. Być może dla tego, że sam - nie, nie żartuję - chciałbym go w przyszłości uprawiać. Postaram się opowiedzieć tu o tym, jak chciałbym, żeby wyglądało nauczanie polskiego w szkole. W tym temacie ogniskują się bowiem wszystkie wątki poruszane w tych rytualnych wrześniowych debatach o Stanie Polskiej Edukacji.
Przewodnik
Uważam, że zawód polonisty, choć często pogardzany ze względu na niskie zarobki, jest niezwykle ważny i odpowiedzialny. Nauczyciel polskiego, oprócz swojej stereotypowej funkcji (nauczyć rozbioru zdania i przesłania “Konrada Wallenroda”) jest kimś więcej - przewodnikiem po świecie literatury i sztuki.
Nieprzypadkowo ludzie kultury często wspominają swoich polonistów, jako tych, którzy pomogli im w wyborze życiowej drogi, byli inspirujący i potrafili przedstawić “nudne lektury” w taki sposób, że stały się inicjacją, wprowadzeniem w świat literatury.
W jednym z felietonów umieszczonych w wydanym niedawno tomieMłodszy księgowy, Jacek Dehnel tak wspomina swoją polonistkę z liceum:
Zamiast klepać na pamięć nudne formułki, rozmawialiśmy o etosie rycerskim w Pieśni o Rolandzie w westernach; zamiast oddawać durne kartkówki, pisaliśmy opowiadania inspirowane reprodukcją obrazu (na czas, żeby nie było zbyt łatwo). (…) Dzieliła się swoją fascynacją sztuką, literaturą, filmem. Światem. Uczyła nas nie podręcznikowych definicji czy wąskiego zakresu wiadomości wymaganych przez szkolny kanon, ale zachwytu, kreatywności, intelektualnej odwagi. Patrzenia na książki, filmy i obrazy jako na coś uroczego, migotliwego i ważnego; nie dziwię się, że tyle jej uczennic i tylu uczniów wybrało twórcze zawody: aktorów, operatorów, pisarzy, animatorów kultury, naukowców. Nade wszystko zaś do każdej osoby podchodziła jak do osobnego świata, jednostki wyposażonej we właściwą sobie wrażliwość, specyficzne doświadczenia, uczucia, zainteresowania. To chyba właśnie entuzjazm, autentyczne zainteresowanie tym, czego nas uczyła, oraz umiejętność dostrojenia się do każdego słuchacza sprawiały, że była tak powszechnie lubiana przez uczniów, że wywierała na nich tak ogromny wpływ.
Niezmiernie lubię czytać takie wspomnienia. Jest ich, jak się okazuje, całkiem sporo (chociażby świetne wspomnienie krytyka literackiego Andrzeja Horubały o jego licealnym poloniście). Utwierdzają one w wierze, że są jeszcze nauczyciele polskiego z powołania. Są być może w mniejszości, ale - jak dobrze puentuje swój felieton Dehnel - “arcymistrzowie zawsze należą do rzadkości”.
Rutyna
Na czym polegał sukces wspominanej przez Dehnela polonistki? Mówiła o swoich pasjach, o tym co ją żywo interesowało. A czy jest coś piękniejszego, niż możliwość dzielenia się czymś, co nas pasjonuje z innymi?
Myślę, że ten piękny i wzniosły ideał pracy polonisty - dzielenie się zamiłowaniem do literatury - jest tym, co przyciąga wielu młodych nauczycieli “z powołania”.
Jednak - jak to się dzisiaj okropnie mówi - “materiał ludzki” w postaci uczniów, dla których najwyższym osiągnięciem jest wychylić pół litra w minutę, okazuje się często dla młodych zapaleńców po polonistyce zaporą, która na dłuższą metę prowadzi do zawodowego wypalenia. To wypalenie świetnie ukazuje scena lekcji polskiego z filmu “Dzień świra”.
Chyba poloniści nie potrafią - tak jak nauczycielka opisywana przez Dehnela - dostosować się do poziomu i zaangażowania odbiorcy. Wyczuć, kiedy uwaga ucznia schodzi z symboliki “Stepów akermańskich” na biust koleżanki z ławki i powiedzieć coś, co zaintryguje nawet najmniej zainteresowanych.
Zamiast tego nauczyciele polskiego zamykają się w bezpiecznej fortecy rutyny. Wchodzą wtedy z uczniami w niepisany pakt - ja będę sobie mówił nieciekawie, wy będziecie siedzieć cicho, ocenami podzielimy się po połowie. Owocem rutyny są najróżniejsze, typowo szkolne pomysły: sprawdzanie zeszytów (sic!), tabelki, regułki, hasełka, wykresiki. O ile przy przedmiotach ścisłych, albo opierających się na opanowaniu pamięciowym to się przydaje - w interpretowaniu literatury niezmiernie szkodzi. Sprowadzając literaturę do hasełek do wykucia - popełniamy na niej gwałt.
Zadania konikowe
Niezwykle celnie pisał o tym w 1928 roku w liście do pisma “Wilno” siedemnastoletni Czesław Miłosz (dowiadujemy się o tym ze świetnej biografii Miłosza pióra Andrzeja Franaszka).
Czyż nie widzimy, że dzieła Mickiewicza, Słowackiego służą tylko jako łamigłówki i ćwiczenia szybkiej orientacji, pamięciowe czy inne? Przechodzimy z owym polonistą wiersz po wierszu, wymęczamy znaczenie poszczególnych zdań, niemal kropek i przecinków. Wiemy, “gdzie toczy się akcja”, “co mówi Grażyna”, a czasem… nawet wiemy “jaka jest główna idea utworu”…(…)90 proc. moich kolegów nigdy nie zainteresuje się literaturą po ukończeniu szkoły. Bo nigdy nie nauczono ich - poznawać. Nauczono robić z poezji - zadania konikowe.
Mimo że Miłosz pisał to ponad 90 lat temu - nic się nie zmieniło. Kluczowe dla zrozumienia problemu, nad którym się tu pocimy jest końcówka listu Miłosza. Gra nie idzie tu bowiem - jak wydaje się nauczycielom i rodzicom - o dobre wyniki z egzaminów maturalnych (tematem jałowości matury z polskiego nie będę się tu zajmował - to temat na osobny artykuł), tu chodzi o to, czy ktoś jeszcze będzie w tym kraju czytał książki. Chodzi o to, żeby pokazać, że obcowanie z literaturą to nie męka kojarząca się z koniecznością przeczytania “Potopu” pod klasówkę z treści, tylko przyjemność.
Mógłbym jeszcze długo rozprawiać o fatalnym romansie szkoły - a zatem jej twardymi regułami i biurokracją - z delikatną materią jaką jest literatura. Wydaje mi się jednak, że lepiej zrobił to Tadeusz Boy-Żeleński przy okazji świetnego eseju o Mickiewiczu.
Zanim jednak zostawię was z tym smakowitym kąskiem chciałbym, żeby puentą mojego mądrzenia się było to, że potrzeba nam dobrych nauczycieli. To wydaje się banalne, ale uważam, że żadne reformy edukacji, zmiany w programie czy kanonie lektur nie mają najmniejszego znaczenia, jeśli uczą stworzeni do tego ludzie. Ludzie z pasją.
A teraz już Boy:
Poezja i szkoła, natchnienie i obowiązek, liryzm i klasyfikacja! Można by powiedzieć, że szkoła zbiera z grzędy literatury bukiet najwonniejszych kwiatów i skrapia je asafetydą nudy i przymusu. Iluż dziesiątków lat nieraz potrzeba, aby odzyskać wrażliwość na utwór poetycki, który się kuło na pamięć, który się słyszało setki razy mechanicznie recytowany, przy którego “rozbiorze” ziewało się w letnie południe. Takie utwory jak “Farys”, “Reduta Ordona”, “Oda do młodości” zostały pożarte przez molocha szkoły. Gdybyż ten upajający “Farys” był Artura Rimbaud, gdybyż się go czytało pod ławką! Trudno o większy paradoks niż ten szalony pęd przez pustynię, hamowany co chwila komentarzem nauczyciela. (…)Jedną z najtrudniejszych rzeczy jest odzyskać ludzki stosunek do pisarzy i poetów, których poznało się w szkole
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz