Nie mam ostatnio nastroju do namiętnej lektury. Miotam się pomiędzy książkami, zaczynam i nie kończę.
Dzisiaj, desperacko poszukując jakiegoś duchowego posiłku, grzebałem w swoim księgozbiorze. Jakimś cudem książki bardzo często otwierają mi się na właściwej stronie. Tak było i tym razem.
Ściągnąłem z półki PIW-owskie wydanie “Pani Bovary” Flauberta z 1957 (po odwilży komunistyczne władze zaczęły pozwalać na wydawanie klasyki zachodniej literatury pięknej), które czytałem rok temu na działce.
Otworzyłem na losowej stronie i, sam błąkając się pomiędzy lekturami, znalazłem analogiczny problem u Emmy Bovary.
(…) Próbowała czytać poważne dzieła: historyczne i filozoficzne. Karol czasem zrywał się w nocy, myśląc, że wzywają go do chorego. “Idę, idę” - bełkotał.
A to był trzask zapałki, którą Emma pocierała, aby zaświecić lampę. Ale z czytaniem było jak z haftami, które, pozaczynane, poniewierały się w szafach. Brała książkę, rzucała ją dla innej i nie kończyła żadnej.
(przekład Anny Micińskiej)
Dla takich magicznych momentów, kiedy fikcja przylega do codzienności, warto czytać książki.
No cóż, dziś mogę tylko powtórzyć za Flaubertem: “Pani Bovary to ja”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz