sobota, 13 lipca 2013

Flanowanie w Krakowie

image
Herbert pisał, że w zwiedzaniu najbardziej lubi włóczenie się po mieście, po obejrzeniu wszystkich zabytków i zrobieniu skrzętnych notatek. Wtedy, jak pisze w “Barbarzyńcy w ogrodzie”:
Zeszyt i szkicownik idą do kieszeni i zaczyna się najprzyjemniejsza część programu – flanowanie, to znaczy:
włóczenie się bez planu według perspektyw, a nie przewodników,
oglądanie egzotycznych warsztatów i sklepów (…), gapienie się, podnoszenie kamyków, wyrzucanie kamyków, picie wina w możliwie najciemniejszych zakątkach, zadawanie się z ludźmi (…)
Z podróży, tych małych i tych dużych, zapamiętuję detale - smaki potraw, uśmiechy ludzi, topografię pomijanych przez tłum zakamarków. To wszystko da się osiągnąć “flanując”.

W Krakowie lubię wchodzić na podwórka, czy - jak powiedziałby rodowity Krakus - podworce kamienic. Jeśli ma się szczęście, można trafić na małe cuda - porośnięte cierpliwie wspinającym się bluszczem ściany i drewniane galeryjki ze skrzypiącymi schodami.


Jest takich miejsc sporo na Kazimierzu, ale i w centrum, nieopodal Collegium Maius, w jednym z podwórek kryje się świetna knajpa “Chimera”. To dla tych, którzy lubią warzywka. Zasady są proste. Kupujesz dużą (17 zł.) albo małą (15 zł.) porcję. W dużej dostajesz sześć składników, w małej trzy. Składniki to najróżniejsze sałatki - warzywa surowe i gotowane, np. marchew z rabarbarem, sałata z porzeczką, fasola, ciecierzyca. Niby same warzywa, ale można się tym solidnie najeść. Do picia warto wziąć bardzo dobry sok z pokrzywy.
image
Flanowaniu sprzyjają w Krakowie Planty, czyli pas zieleni okalający Stare Miasto. W XIX w. panowała w Europie moda na burzenie murów, na fali której zlikwidowano krakowskie fortyfikacje i zastąpiono je roślinami.

Tym pogrążonym w półmroku tunelem, skrytym pod koronami drzew, należy iść niespiesznie, można przysiąść na ławce, poczytać książkę, albo po prostu przyglądać się ludziom.

Tak robił w swoich ostatnich, krakowskich latach Czesław Miłosz. Na wielu zdjęciach z tego okresu możemy oglądać energicznego, choć podpierającego się laską, starszego pana, który spacerując po Plantach spotyka przyjaciół, rozmawia z nimi serdecznie i śmieje się rubasznie swoim miodowym głosem.
image

Skoro już przywołaliśmy Miłosza, to warto powiedzieć, że Plantami możemy dojść do kolejnego literackiego przystanku, czyli redakcji legendarnego “Tygodnika Powszechnego” przy ulicy Wiślnej 12.

To obecnie jedyne pismo, które kupuję co tydzień i uważnie czytam. Głównie ze względu na to, jak dużo miejsca poświęca literaturze. Przez redakcję “Tygodnika”, którym przez lata zarządzał Jerzy Turowicz, przewinęły się takie nazwiska, jak Karol Wojtyła, Mieczysław Pszon, Zbigniew Herbert, Czesław Miłosz, Józef Tischner, Stefan Kisielewski, Jacek Woźniakowski, Julia Hartwig, Bronisław Maj, Marian Stala, Jerzy Pilch. Mogę tak długo wyliczać :)
image

Z “Tygodnika” rzut beretem do Gołębnika, czyli wydziału polonistyki UJ przy ulicy Gołębiej - miejsca, gdzie kiedyś chciałbym się znaleźć.

Zawsze mnie zadziwia, że w Krakowie wszędzie jest blisko. Wracając z Gołębiej na Wiślną, wystarzczą dwe minuty i wtapiamy się kolorowy tłum turystów na Rynku.

Tu zawsze coś się dzieje. Codziennie wieczorem są tu koncerty, występy artystyczne, happeningi… Wczoraj wieczorem trafiłem na pokaz sztucznych ogni.

Nie przepadam jednak za gwarem Rynku i zataczającymi się pod Hard Rockiem Anglikami, więc kieruję kroki ku ulicy Grodzkiej. Stąd idę już swoją wyuczoną trasą Grodzka-Stradom-Kazimierz-Podgórze.
Zanim zagłębimy się w piękny Kazimierz - pełen krętych uliczek, śladów starych synagog i knajpek ze stolikami wystawionymi na chodnik, zupełnie jak w Rzymie albo Lizbonie - warto zajrzeć do mojej ulubionej Cukierni pod Arkadami. Ktoś mi powiedział, że alternatywna nazwa brzmi “u Rżniętej”, bo kiedy kupuje się makowiec, sprzedawczyni pyta “cały, czy rżnięty?”.
Mnie “do Rżniętej” zwabił trudny do opisania zapach. Wiem o nim jedno - tak pachniała jakaś cukiernia, do której chodziłem w dzieciństwie. Może to zapach pączków, a może sernika z lukrem? Nie wiem, ale zawsze rozpoznaję go, kiedy przechodzę pod Arkadami.

Dziś kupiłem małą tartę jabłkową. Wygląda gorzej niż smakuje.
Aż do Skałecznej towarzyszył mi przyjemny smak kruchego ciasta i jabłek.
image
Kraków najlepiej poznaje się podczas takich niezobowiązujących spacerów jak ten, który wam przedstawiłem. Dlatego wyrzućcie przewodniki, nie zapisujcie się na zorganizowane wycieczki i podążajcie szlakiem własnej intuicji! Zawsze natraficie na coś wartego uwagi.
Pewnie wielu z was nie będzie się podobać mój bezkrytyczny stosunek do Grodu Kraka. Może byłoby inaczej, gdybym tu mieszkał. Kraków ma dla mnie urok kochanki. Po zawarciu związku małżeńskiego czar mógłby prysnąć. Na razie jest jednak pięknie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz