czwartek, 11 lipca 2013

Co łączy szwedzkie kryminały i maliny?

Co łączy szwedzkie kryminały i maliny?

Pewnie nic. Bywa jednak, że jakieś miejsca, zdarzenia, przedmioty kojarzą nam się z czytanymi w ich otoczeniu książkami. Do nas, bibliofili (osobliwy gatunek) wspomnienia powracają, kiedy patrzymy - nie bez dumy - na nasze zapchane makulaturą regały.

Ściągając jakąś książkę z półki myślę sobie czasem: “aha, czytałem ją w samolocie, wracając z Francji”, “a tamtą przeczytałem w nocy, w namiocie, przy świetle latarki, na biwaku w Grodnie”.

Chyba podobnie będzie z moją lekturą “Psów z Rygi”, jednego z pierwszych kryminałów Henninga Mankella z komisarzem Kurtem Wallanderem w roli głównej. Traf chciał, że przeczytałem ją akurat w tym czasie, kiedy w Polsce mamy piękne, słodkie, włochate maliny. Trochę to do siebie nie pasuje, bo ponure szwedzkie kryminały powinno się czytać raczej w innych warunkach. Najlepiej w mglistym, grypogennym listopadzie, który jest chyba w Polsce najbardziej “skandynawskim” miesiącem. No ale co robić, “Psy z Rygi” będą mi się już raczej kojarzyć z malinami.
No dobra, my tu gadu-gadu o owocach sezonowych, a trzeba nieco powiedzieć o książce.
Zacznijmy od tego, że nie potrafię się odnaleźć we wszechobecnej modzie na szwedzkie powieści kryminalne, która szczególnie nasiliła się po ogromnym (moim zdaniem zdecydowanie zbyt dużym w stosunku do jakości) sukcesie trylogii Stiega Larssona.
Ale kryminały Henninga Mankella o komisarzu Wallanderze zawsze mi się podobały. Może dlatego, że oficer z posterunku w Ystad nie jest klasycznym bohaterem powieści detektywistycznych. To nie żaden Sherlock Holmes ani Hercules Poirot.
Wallander często nie ma kompletnie pojęcia, co począć z toczącym się śledztwem, gubi się w domysłach, wyruszając na decydującą misję potrafi zapomnieć komórki i wszystko popsuć, czasem nawet poślizgnie się na lodzie.
Jest taki… ludzki.
Tak jest też w “Psach z Rygi”. Kiedy w 1992 roku Bałtyk wyrzuca na szwedzkie wybrzeże dwóch zamordowanych mężczyzn w pontonie ratunkowym, Wallander z początku nie ma pojęcia, o co chodzi.
Po jakimś czasie okazuje się, że znalezieni panowie są obywatelami łotewskimi (specjalista od sekcji zwłok poznaje to po plombach w ich zębach, które robi się tylko w krajach bloku sowieckiego) a śledztwo prowadzi do Rygi.
Na Łotwę Wallander jedzie sam i czuje się nieswojo, bo ciągle ktoś go śledzi. Ryga - jak to szare miasto z radzieckiej taśmy produkcyjnej - przytłacza Szweda. Po jakimś czasie okazuje się, że sprawa zwłok z pontonu ma głębsze podłoże - niejasne powiązania władzy i mafii.
Kiedy major Liepa z łotewskiej policji, który zdemaskował te powiązania zostaje po cichu zamordowany przez funkcjonariuszy państwowych, Wallander przekonuje się coraz bardziej, że fabuła “Procesu” Kafki odtwarza się jeszcze brutalniej w malutkiej Łotwie.
A wdowa po Liepie jest do wzięcia… Robi się więc jeszcze ciekawiej i niebezpieczniej…
Mankell pisze językiem chłodnym i oschłym, ale kiedy oddaje głos przemyśleniom komisarza Wallandera, jest to język socjologa i filozofa w jednym. Dochodzi on do bardzo ciekawych konstatacji, jak na policjanta.
Wallander patrzy na państwo totalitarne z punktu widzenia obywatela kraju bogatego i rozwiniętego. Przeżywa więc szok, kiedy widzi, jak straszne wydarzenia rozgrywają się bardzo blisko Szwecji. A po szoku przychodzi rozczarowanie wywołane obojętnością Zachodu na sowiecki totalitaryzm. Dzięki temu “Psy z Rygi” wychodzą z ram zwykłej lektury wagonowej.
Dlatego polecam “kryminał Henninga Mankella na te wakacje. Nie zanudzicie się, a i kilku ciekawych przemyśleń można doświadczyć.
No, kończę, bo zamykają kawiarnię w Krakowie, z której do was piszę. Może być kilka błędów i nieścisłości, które poprawię jutro. Jutro też dam relację z Krakowa i powiem, za co kocham to miasto.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz